czwartek, 26 stycznia 2017

Rozdział 2

*teraz*

Justin



Zatrzymuję samochód na szkolnym parkingu. Jest już prawie pełny, dlatego znalezienie miejsca w cieniu chroniącym mojego ukochanego nissana gtr przed słońcem, jest dosyć trudne. Po kilku minutach jeżdżenia pomiędzy innymi samochodami zauważam jedno, wolne miejsce przy drzewach.

Idealnie.

Jadę w tam tą stronę i nagle zauważam czarny, terenowy samochód jadący z naprzeciwka. Uśmiecham się pod nosem, bo bardzo dobrze znam ten model i wiem kto nim jeżdźi. Przyśpieszam i szybko wjeżdżam na wolne miejsce śmiejąc się pod nosem. Wychodzę z samochodu. Gdy zauważam Carter'a, który klnie pod nosem przez to, że zająłem mu miejsce, mój uśmiech poszczerza się jeszcze bardziej.  Matt siedzi na miejscu pasażera, a jego mina wskazuje na to, że nabija się z blondyna.

 - Ty chuju! - krzyczy Carter otwierając okno.

Wzruszam ramionami i wystawiam mu środkowy palec.

 - Widzimy się na boisku, kochanie! - krzyczę do niego, a to jak pieszczotliwie go nazwałem jeszcze bardziej wyprowadza go z równowagi.

Odwracam się i idę w kierunku miejsca, w którym umówiłem się z Libby.

 Dzisiaj rozpoczęcie roku szkolnego i jak zwykle odbywa się ono na boisku. To chyba najdłuższe i najnudniejsze przyjęcie organizowane przez szkołe. Nie rozumiem po cholerę to komu. Wchodzę do budynku zbudowanego z czerwonej cegły i rozglądam się po korytarzu. Libby powiedziała, że będzie czekać przy wejściu do stołówki. Skręcam w jeden z szerokich, pomalowanych na jasny kolor, korytarzy. Mój wzrok od razu pada na Zoe i moją przyjaciółkę stojącą w miejscu, w którym się umówiliśmy.

 Zanim zdążę do nich podejść zauważam, jak Zoe szturcha Libby i chwilę później patrzą na siebie porozumiewawczo. Libby spogląda na jakiegoś chłopaka z pierwszej klasy i uśmiecha się do niego złośliwie.

 - Coś ci upadło - zwraca się do niego.

 Chłopak wygląda na zdezorientowanego i przestraszonego tym, że Libby, w ogóle się do niego odezwała. Rozgląda się tak jakby upewniał się czy na pewno mówi do niego. Poprawia okulary, które zsunęły mu się z nosa i otwiera usta, aby odpowiedzieć, ale w tym samym czasie Zoe jednym zwinnym uderzeniem wytrąca mu wszystkie notatki jakie trzymał w dłoniach.

 - Ups - mamrocze udając skruchę.

 Libby zaczyna chichotać, a Zoe jej wtóruje. Chłopak nachyla się żeby pozbierać porozrzucane po całym korytarzu kartki, a dziewczyny już nawet nie zwracają na niego uwagi.

 Libby jest... cóż. Ta dziewczyna to zewnętrznie typowy przykład wrednej dziewczyny z tych wszystkich amerykańskich filmów o liceum. Kapitan drużyny cheerleader'ek. Wredna, złośliwa i zadziorna. Lubi dręczyć pierwszaków i nawet tego nie ukrywa. Jest popularna w szkole, bo jest piękna i bardzo niemiła dla ludzi. Większość z nich się jej najzwyczajniej w świecie boi, bo mściwa Libby, to naprawdę groźna Libby. Nie jest lubiana przez bardzo dużą część społeczności tej szkoły, ale jej wydaje się to pasować.

 Jednak to wszystko jest tylko powierzchowne. W jej zachowaniu i sposobie bycia istnieje drugie dno, które jest bardziej zaskakujące niż mogłoby się wydawać. Otóż, nie znam nikogo o lepszym sercu niż Libby. Jest życzliwa i troskliwa dla ludzi, których kocha. A w jej życiu ludzi, których darzy takim uczuciem jest niewielu.  Znam ją praktycznie od zawsze i Libby, którą widzę na co dzień w domu czy wtedy kiedy spędzamy czas tylko we dwoje, bardzo różni się od osoby, którą każdy widuje w szkole. Wiele razy ona też po prostu nie chce przyznać, że jej na kimś zależy. Na przykład Zoe, z którą spędza czas, jeżeli nie spędza go ze mną, jest jej przyjaciółką. Widzę, że Libby naprawdę ją lubi i w jakimś stopniu ufa. Jednak ona wciąż zaprzecza. Mówi, że łączy je tylko drużyna, a to że Zoe jest zastępcą kapitana sprawia, że muszą spędzać czas razem. Ale ja znam ją zbyt dobrze.

Libby, to osoba, która jest niesamowicie bardzo skrzywdzona i zraniona. Dlatego stara się udawać, że nie potrzebuje przyjaciół innych oprócz mnie. Udaje, że jest pewna siebie i szczęśliwa, kiedy tak naprawdę prawda jest całkowicie inna.

 - Co tak ostro, kocie? - pytam zaczepnie się do niej uśmiechając.

Podchodzę do dziewczyn i od razu zauważam jak Libby z uśmiechem przewraca oczami. Wymieniamy się z Zoe krótkim powitaniem, a moją przyjaciółkę jak zawsze całuję w skroń.

 - To wszystko przez te pieprzone mudnurki, które musimy nosić za każdym razem, gdy w szkole jest jakaś gówniana uroczystość - krzywi się Libby i aby dać upust swojej złości ciągnie za kołnierzyk białej koszuli, którą musi mieć na sobie.

 - Czy ja wiem, mi tam się podoba - odpowiadam chichocząc.

 - Bo ty masz spodnie! - odpowiada dziewczyna, wskazując na moje jasne, spodnie od męskiej wresji mundurka.

Góra prawie niczym nie różni się od wersji dla dziewczyn, oprócz tego, że mamy granatowe krawaty i w takim samym kolorze marynarki.

To nie jest wygodny strój, ale to jak wyglądają w nich te wszystkie gorące laski ze szkoły jest zajebiste. Dlatego warto.

 Wzruszam ramionami.

 - A ja muszę chodzić w tej głupiej, ciasnej koszuli i spódnicy, która ledwo zakrywa mi tyłek - sapie.

 - Mi tam pasuje - wtrąca się Zoe i wzrusza ramionami.

Libby posyła jej morderczy wzrok i krzyżuje dłonie na piersiach.

 - No już - mówię przekładając rękę na ramiona dziewczyny. - Wyluzuj blondyneczko - chichoczę i przyciągam ją do siebie.

Libby wzdycha.

 - Jestem spokojna - odpowiada, ale jej wyraz twarzy mówi całkowicie coś innego.

Libby jak się rozkręci ze swoją złością, to nigdy nie jest dobrze. Nawet błahe rzeczy, takie jak te mundurki mogą wyprowadzić ją z równowagi jeżeli tylko nabierze rozpędu.

Zoe nagle szturcha dziewczynę i kiwa głową na coś za naszymi plecami. Uśmiecha się cwanie.

 - Twój romeo przybył - mówi chichocząc.

Libby od razu odzyskuje swój dobry humor.

 - Co? - pyta i wyswobadzając się z moich objęć szybko poprawia swoje włosy. - Gdzie? Dobrze wyglądam? - zasypuje nas miliardem pytań.

Odwracam głowę i zauważam Charile'ego. Chłopak o blond włosach i o szczupłej sylwetce, to osoba, na której Libby ma bzika już drugi rok.  Nikt z naszej paczki nigdy z nim nie rozmawiał, a tym bardziej nie Libby. Mimo swojej pewności siebie przy nim zaczyna się plątać i zachowywać jak ostatnia wariatka. Z tego co wiem jest dziwny, cichy i ma tylko jednego znajomego.  Nie ma się czym zachwycać.

Nagle czuje uderzenie drobnej pięści Libby w moje ramie.

 - Nie patrz idioto! - syczy próbując wyglądać neutralnie.

Odwracam głowę znowu w jej stronę i obserwuje jak nieudolnie wychodzi jej udawanie normalnej, kiedy Charilie przechodzi obok nas. Poprawia włosy i od niechcenia opiera się o niebieskie drzwi stołówki. Jednak zapomina o tym, że nie mają one zatrzasków i otwierają się w dwie strony. W efekcie, gdy tylko opada na nie swoim ciałem zaczyna lecieć do tyłu razem z nimi.

Krótki pisk wydobywa się z jej ust, a ja przytrzymuje ją jedną dłonią w pasie, aby nie zaryła o twardą, zrobioną z jasnej płytki podłogę.

Libby się rumieni na swoje niezdarstwo, a ja unoszę brwi patrząc na nią pobłażająco. Unoszę jej ciało i pomagam jej znowu stanąć prosto.

 - Widział to? - pyta poprawiając ciemną, kratkowaną spódniczkę.

 - Nie, spokojnie - odpowiada Zoe. - Zdążył nas minąć.

Libby wzdycha z ulgą.

Przewracam oczami i zabieram dłoń z jej talii.

 - Idę poszukać Carter'a i Matt'a - mówi Zoe po czym posyłając nam delikaty uśmiech oddala się w całkowicie inną stronę niż obiekt westchnień Libby.

Wzdychasz do tego kujona już od drugiej klasy - odzywam się, gdy zostajemy sami. - Może nadszedł już czas, aby zrobić coś w tym kierunku?

Libby wypuszcza głośno powietrze z ust i posyła mi wzrok.

 - On nie jest kujonem. Jest inteligentny, i mądry i... - blah, blah, blah. Znowu przewracam oczami. - A ty za to - mówi po wymienieniu jego cudownych cech. Wbija mi w policzek swój długi, pomalowany na czarno paznokieć. -  Co tydzień masz inną dziewczynę w łóżku. Raczej nie powinieneś dawać mi rad dotyczących związku - pyskuje mi.

 - Hej - odpowiadam udając oburzenie. - Nie co tydzień - bronię się. - Przecież wiesz jak działam. Dwie randki--

Wystawia swoją otwartą dłoń przed moją twarz i przytakuje głową.

 - Tak, tak - wtrąca mi się w zdanie. - Dwie randki i dopiero wtedy idziesz z dziewczyną do łóżka. Jeżeli ci się podoba, zabierasz ją na trzecią.

Przytakuję.

Yup, to moja zasada.

Działam tak już ponad dwa lata i jeszcze nie zdarzyło mi się narzekać. To całkiem w porządku schemat.

 - Dokładnie tak - zgadzam się z jej słowami.

Libby wzdycha i teraz to ona patrzy się na mnie pobłażająco. Krzyżuje dłonie na piersiach, a jej wyraz twarzy przybiera jakiś rodzaj osądzenia i żalu. Wygląda jak matka, która ochrzania swoje dziecko.

 - Ale ty nigdy nie byłeś na trzeciej randce - zauważa.

Cóż...

 - Szukam tej jedynej - odpowiadam z szerokim uśmiechem.

 - Szukasz tej jedynej przez łóżko?

 - Właśnie tak - przytakuję. - Dzięki pieprzeniu się z dziewczyną na drugiej randce mogę sporo się o niej dowiedzieć. No i jeżeli mi się nie podoba, to tego nie kontynuuje.
Libby wybucha śmiechem. Spogląda na mnie z iskierkami w oczach. Kładzie dłoń na moją pierś i poklepuje mnie tam dwa razy.
 - Na przykład czego? Czy potrafi zmieścić całego twojego penisa w buzi? - prycha ironizując.
Przewracam oczami.
Uraziła mój cudowny schemat sypiania z dziewczynami.

 - Jesteś niemiła, idiotko.

 - A ty głupi - odpowiada cmokając w powietrze.

*

Dzień jest w cholerę słoneczny, a rozpoczęcie roku nudne.  Nasze miejsca zostały podzielone według roczników i na szczęście my, jako trzecioklasiści mogliśmy zająć miejsca na tyle. Siedzę pomiędzy blondynką i Matt'em. Gdyby nie to chyba całkowicie bym już tutaj zwariował. Przez połowę paplaniny dyrekora zaczepiałem Libby dziubąc ją w każdą część ciała, w której ma łaskotki. Jednak po jakimś czasie mi się to znudziło.

 - Stary, pamiętasz co się stało na imprezie tydzień temu? - pyta Matt patrząc na mnie z rozbawionym uśmiechem.

Marszczę brwi nie rozumiejąc do czego dąży.

 - Coś tam pamiętam... - mamroczę oblizując usta.

Mimowolnie spoglądam na Libby zajętą rozmową z Zoe.

 -  Wiesz, że przelizałeś się z Libby, prawda? - pyta chichocząc.

Uderzam go z otwartej dłoni w tył głowy czując coraz większe zdenerwowanie.

 - Zamknij się - syczę  cicho.

Nie chcę żeby moja przyjaciółka ułyszała cokolwiek z tej rozmowy. Nie wiem czy potrafiłbym jej to wszystko wytłumaczyć, bo ja sam nie wiem wielu rzeczy. Nie pamiętam całej tej pieprzonej imprezy. Tylko ten jeden moment. Jak przez mgłe i bardzo niewyraźnie. Mogłoby się wydawać, że to był tylko sen i prawdę powiedziawszy tak sobie wmawiałem przez ostatni tydzień.

Oczywiście Matt potwierdził teraz moje obawy.

 - Ona nie pamięta? - zadaje pytanie już o pół tonu ciszej.

No i na szczęście znika z jego twarzy, ten wkurzający, rozbawiony uśmieszek.

Wzruszam ramionami czując silne uczucie pustki ogarniające mnie na kilka kolejnych sekund.

 - Nie wiem - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Ale zachowuje się tak jak zawsze, czyli zapewne nie ma nawet pojęcia...

Matt wzdycha i opiera się o oparcie krzesła. Przenosi wzrok na Libby.

 - Nie masz zamiaru jej powiedzieć, tak? - pyta cicho, ostrożnym głosem.

Jest moją przyjaciółką.

I osobą, której ufam nad życie. Poważnie, nigdy nie było dla mnie ważniejszej osoby niż Libby. To mój kompas moralny. Osoba, którą chcę w swoim życiu na zawsze. Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek funkcjonowania bez niej, bo to ona zajmuje dziewięćdziesiąt procent mojego życia i  nawet przez sekundę, ani razu, nie pomyślałem o tym, że mam jej dosyć.
Zawsze jestem z nią w pełni szczery i mówię jej wszystko.
Ale o tym nie może się dowiedzieć.
Nigdy.


***

Trochę się spóźniłam,eh. 
Za późno zaczęłam go pisać i myślałam, że zajmie mi to o wiele mniej czasu niż się spodziewałam.
Rozdziału jeszcze nie sprawdzałam, więc jak znajdziecie jakiś błąd, to śmiało możecie mnie poprawić!
Next wstawię zapewne jutro lub pojutrze. 
Dobranoc kochani!




środa, 25 stycznia 2017

Rozdział 1

Libby
*tydzień wcześniej*

   Wchodzę do zatłoczonego klubu i odwracam się, aby zobaczyć czy Zoe idzie za mną. Mulatka z burzą ciemnobrązowych, kręconych włosów uśmiecha się do mnie i chwilę później łapie mnie pod rękę, abyśmy nie zgubiły siebie na wzajem w tym tłumie ludzi. W tle rozbrzmiewa głośna muzyka, a ja już po kilku dźwiękach rozpoznaję w niej Boulevard Of Broken od Green Day. Tylko o ile się nie mylę jest to jakiś remix.
Gdy razem z Zoe przeciskamy się przez tłum tańczących ludzi, zauważam spojrzenia kilku facetów. Dla bezpieczeństwa ciągnę swoją sporo za dużą bluzę w dół. Niby mam pod nią spodenki, ale z ich perspektywy tego nie widać.
- Gdzie jest Justin? - pytam rozglądając się po pełnym pomieszczeniu.
Dziewczyna wzrusza ramionami.
- Widziałam przy barze Cartera, więc Justin i Matt powinni już tutaj być.
Stajemy w miejscu, w którym jest więcej wolnej przestrzeni. Zoe poprawia włosy, a ja długie, sięgające do połowy ud buty, które zdążyły mi się trochę zsunąć.
- Widzę Justin'a - mówię wskazując na postać stojącą przy stoliku, tyłem do nas.
Jakieś kilka metrów dalej i jestem pewna, że to on przez jego charakterystyczny tatuaż na szyi.
Nie widziałam się z nim ponad tydzień. Mamy wakacje i chłopak jak co roku wyjechał do Kanady, do swoich dziadków.
Uśmiecham się szeroko na sam widok mojego najlepszego przyjaciela. Szybkim krokiem, prawie biegnąc zbliżam się do niego i wskakuję mu na barana. Chichoczę, gdy zdezorientowany Justin przeklina pod nosem. Składam pocałunek na jego policzku upewniając się, że zostawiam ciemno czerwony ślad mojej szminki na jego skórze. Zeskakuję z jego pleców, a on od razu odwraca się twarzą do mnie. Uśmiecha się do mnie szeroko i z uniesionymi brwiami skanuje mnie z góry na dół.
- Wyglądasz seksi - komentuje.
Śmieję się i dramatycznym, żartobliwym ruchem odrzucam swoje jasne włosy do tyłu.
- A dziękuję - mówię skanując jego outfit. - Ty też niczego sobie.
Justin ubrał się w jasne, porwane jeansy i czarny, zwykły T-shirt. Niby zwyczajny strój, ale to nadal Justin. Mój przyjaciel nawet w worku wyglądałby zajebiście.
- Libby - zaczyna nagle coś zauważając. - Czy to nie jest moja ulubiona bluza?
Mruży oczy i przygląda się materiałowi, który mam na sobie. Przegryzam policzek, aby ukryć uśmiech, który próbuje pojawić się na mojej twarzy i krzyżuję dłonie na piersiach.
- Uh... może? - odpowiadam siląc się na neutralny ton.
Justin uśmiecha się do mnie cwanie tak jakby przyłapał mnie na gorącym uczynku.
- Szukałem jej od początku wakacji.
- Hej! To nie moja wina, że potrzebowałam jakiejś większej bluzy do dzisiejszego stroju, a zresztą, ona jest taka milusińska - mamroczę pocierając materiał jasnej, kremowej bluzy.
Ciemnowłosy przewraca oczami i spogląda na mnie z rozbawieniem.
- Tęskniłem za tobą, dziwaku - mówi wzdychając.
Uśmiecham się i rozkładam szeroko ramiona.
- Przytul - mówię, a on od razu zaczyna się śmiać.
Robi krok w moją stronę i obejmując mnie dłońmi w pasie, zamyka nas w szczelnym uścisku. Cichy pisk wydobywa się z mojego gardła, gdy chłopak postanawia unieść mnie do góry. Gdy odstawia mnie na miejsce przychodzi Carter. W rękach trzyma kilka butelek trunku, który najwyraźniej udało mu się kupić. A z tym zawsze jest ciężko, bo żadne z nas tutaj nie ma skończonych dwudziestu jeden lat. Na szczęście Carter ze swoim delikatnym zarostem wygląda na starszego od nas. Chłopak o ciemnych blond włosach, gdy mnie zauważa uśmiecha się szeroko.
- Cześć blondyneczko - mówi i odkłada butelki na stolik, który najwyraźniej jest nasz.
Odwzajemniam uśmiech.
- Hej Carter - odpowiadam i rozglądam się. - Gdzie jest Matt i Zoe? - pytam marszcząc brwi.
- Jak wracałem od baru widziałem jak tańczą - odpowiada chłopak i siada na czarną skórzaną kanapę.
Siadam po drugiej stronię i biorę butelkę whiskey do ręki. Dawno się nie upiłam i to jest mój plan na dzisiejszy wieczór. Justin zajmuje miejsce obok mnie. Biorę duży łyk z butelki i podaję ją Carter'owi, ale ten tylko kręci głową unosząc wyżej piwo, aby pokazać, że ma już co pić. Więc przesuwam ją w stronę Justin'a, a ten ze sztucznie skromnym uśmieszkiem bierze ją w dłoń i upija kilka łyków.
- Jak było u dziadków? - pytam patrząc się na chłopaka wyczekująco.
Odsuwa butelkę od ust.
- Hm, nudno? - odpowiada, ale to brzmi bardziej jak pytanie. Carter śmieje się na jego odpowiedź, a wtóruje. - To znaczy. Cholera, ponad tydzień bez imprez i jakichkolwiek rozrywek. Piekłooo - przeciąga ostatnie słowo.
- Tydzień bez pieprzenia? - dodaje Carter, a Justin automatycznie mu przytakuje. - Ooo stary. Współczuję.
Przewracam oczami.
- Tobie też przydałby się taki tydzień oczyszczenia - komentuję patrząc na Cartera pobłażając.
Chłopak uśmiecha się szeroko i rozkłada ręce.
- Nie bądź wredna, blondyneczko - mruczy. - Niby po co?
Otwieram usta, aby odpowiedzieć, ale w tym samym czasie podchodzi do niego jakaś dziewczyna. Brunetka nachyla się i szepcze mu do ucha coś po czym jego twarz od razu się rozpromienia.
- No pewnie kochanie - odpowiada jej, wstaje i sekundę później znika z naszego pola widzenia.
- Właśnie dlatego - mówię nawiązując do jego pytania.
Justin chichocze na mój komentarz.
- Zejdź z niego - odpowiada rozbawiony. - Wiesz, że źle zniósł zerwanie z Joely.
Wzdycham.
- Ja po prostu się o niego martwię - mamroczę pod nosem i wzdychając opieram głowę o ramię mojego przyjaciela.
Carter zachowywał się całkowicie inaczej w pierwszej i drugiej klasie liceum. Wtedy jeszcze do naszej paczki należała Joely. Po drugim roku powiedziała nagle, że wyjeżdża. Zostawiła Carter'a bez żadnego słowa. W sumie nas też, ale to Carter był jej chłopakiem praktycznie od samego początku liceum. Od tam tej pory blondyn jest trochę zbyt pewny siebie i robi... właśnie to co teraz.
- Nie wiem jak ty - zaczyna Justin zmieniając temat. - Ale został nam tydzień wakacji, chcę się upić - mówiąc to przechyla butelkę i znowu upija kilka łyków.
Przytakuję głową.
- Mam taki sam plan - odpowiadam otwierając kolejną butelkę.
Godzinę później ciągnę Justin'a do tańca. Znajduję Zoe i Matt'a i wszyscy zaczynamy się świetnie bawić. Czuję jak alkohol przepływa przez moją krew, a ja zaczynam czuć się coraz bardziej lekko. Śmieję się z każdej jednej rzeczy, bo wszystko wydaje mi się teraz zabawne. Spoglądam na Justin'a, który wygląda identycznie, a gdy nasze oczy się spotykają zaczynamy się śmiać.
- Kręci mi się w głowie - mówi przybliżając się do mnie, abym usłyszała jego słowa przez głośną muzykę.
Przytakuję głową i zaczynam się śmiać.
- Mi też.
Gdy piosenka się zmienia mówię Justin'owi, że potrzebuję odpoczynku. Chłopak przytakuje głową. Łapię go za dłoń i prowadzę w miejsce, gdzie nie ma aż tylu ludzi. Słyszę, że DJ włączył remix mojej aktualnie ulubionej piosenki, więc uśmiecham się pod nosem i zaczynam ją sobie nucić.
- Forever in my mind, only you* - nucę i w tym samym momencie chwieję się i prawie upadam.
Na szczęście Justin przytrzymuje mnie w pasie. Oczywiście ten moment też wydaje mi się śmieszny i zaczynam chichotać.
Ledwo udaje nam się dotrzeć pod granatową ścianę, która jakimś cudem nie jest zajęta przez miziające się pary. Opieram się o ścianę i wzdycham.
- Może to był zły pomysł - mamrocze niewyraźnie nawiązując do naszej chęci upicia się.
Justin staje na przeciwko mnie, a ja przytakuję, przeczesując dłonią włosy.
- Tak, zdecydowanie - odpowiadam czując jak kręci mi się w głowie.
Justin łapie za skrawek swojej koszulki i zaczyna nią poruszać, aby ochłodzić swoje ciało.
- Gorąco tutaj - narzeka krzywiąc się śmiesznie.
Uśmiecham się, bo Justin wygląda jak małe dziecko zawsze kiedy się denerwuje.
Kątem oka widzę przechodzącą obok nas grupkę ludzi. Nagle ktoś z nich niechcący szturcha Justin'a, a w efekcie chłopak wpada na ścianę, przy której się opieram. Żeby nie uderzyć we mnie i się nie przewrócić gwałtownie przytrzymuje się jedną ręką ściany obok mojej głowy.
- Kurwa - warczy wkurzony na tego, kto go popchnął. Jednak, gdy zauważa w jakiej pozycji się znajdujemy jego wyraz twarzy automatycznie się zmienia.
Dziwne uczucie pojawia się w moim brzuchu, gdy czuję na sobie jego oddech. Zaczynam bardzo wyraźnie odczuwać charakterystyczny zapach jego perfum. Kręci mi się w głowie.
To przez ten alkohol.
Justin łapie ze mną kontakt wzrokowy, a jedyne co wyrażają jego tęczówki przez tą sekundę, to strach i zdezorientowanie. Przegryza wargę i powoli opuszcza wzrok na moje usta. Przełykam z ciężkością ślinę czując coraz większe zdenerwowanie, chociaż nawet nie wiem czemu.
- Przepraszam, Libby - mamrocze pijackim głosem jeszcze bardziej zmniejszając między nami odległość.
Mój mózg pracuje na spowolnionych obrotach i zanim zdążę zapytać za co mnie przeprasza nachyla się nade mną i kładzie swoje lekko zwilżone, miękkie usta na moje. Zamykam oczy. Przez kilka pierwszych sekund czuję się tak jakby ktoś odebrał mi możliwość poruszania się. Moje nogi stają się jak z waty, a ja mam wrażenie, że zaraz zemdleje. Oddaję pocałunek delektując się smakiem ust Justin'a. Uchylam lekko wargi i czuję jak język chłopaka dotyka mojego. Brzuch zaczyna mnie boleć. Czuję się tak jakby brakowało mi tchu. Justin kładzie dłoń na moim policzku i pogłębia pocałunek. Nie wiem czy to się dzieje naprawdę, czy tylko mi się wyobraża. To wszystko wydaje się być jak sen. Nie potrafię nawet do końca zarejestrować tego co właśnie robimy.
- Justin! - nagle pojawia się przy nas Carter.
Mój przyjaciel przerywa pocałunek i odsuwa się ode mnie wciąż z takim samym wyrazem twarzy. Dezorientacja i strach. Na jego policzkach widnieją wypieki, które w jakimś stopniu odkrywają to co przed chwilą robiliśmy. Justin otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale równie szybko je zamyka. Łapie ze mną kontakt wzrokowy, a jego spojrzenie jest tak intensywne, że aż muszę opuścić głowę w dół, nie mogąc tego wytrzymać.
Niczego nieświadomy Carter podchodzi do nas.
- Chodź, musisz coś zobaczyć - mówi do niego. - Zaraz ci go oddam, Libby - zwraca się do mnie, po czym nie czekając na moją odpowiedź ciągnie gdzieś Justin'a.
Gdy odchodzą daleko ode mnie, opieram głowę o ścianę i wzdycham z ciężkością.
Z jednej strony cieszę się, bo prawdopodobnie jutro nawet nie będę wiedziała, że coś takiego jak ten pocałunek, w ogóle miało miejsce.
Ale z drugiej... Tak bardzo chcę pamiętać.



* Yuna - Lullabies (Adventure Club Remix) (wstawiałam w razie gdyby ktoś był ciekawy, haha)

***

Ten rozdział, to bardziej retrospekcja, ale koniecznie musiałam to opisać. W końcu wokół tego jednego momentu kręci się praktycznie cała historia.

Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia jakim cudem mam w sobie jeszcze wenę i chęci, aby to pisać haha. Pewnie za jakiś czas zrobię sobie krótką przerwę, ale na razie chcę wykorzystywać tę chwilę jak tylko mogę, haha.

Rozdział drugi zapewne wstawię jutro x

No i koniecznie piszcie co o tym wszystkim myślicie! Bardzo chcę poznać wasze zdanie!




sobota, 21 stycznia 2017

Wstęp

Justin i Libby są najlepszymi przyjaciółmi. 
Poznali się w przedszkolu i od momentu, w którym Justin uratował Libby przed dokuczającym jej rówieśnikiem, oboje wiedzieli, że będzie to długa i bardzo dobra przyjaźń. 
 Wspólne dorastanie, przeżywanie złamanych serc, wspieranie się w najtrudniejszych chwilach, planowanie przyszłości... 
Mimo zbuntowanego charakteru Justin'a i skomplikowanej osobowości Libby, kochają się bezgranicznie i bez wahania oddaliby za siebie życie. Zawsze powtarzali sobie, że jedno z nich nie może istnieć bez drugiego.
Jeden wieczór.
Jeden moment.
I jeden, na pozór zwykły, pijacki pocałunek, pozostawia pod znakiem zapytania wszystko w co do tej pory wierzyli.
Libby postanawia udawać, że nic takiego się nie wydarzyło, naiwnie wierząc w to, że Justin był zbyt pijany by pamiętać. 
Ale ona nie wie...
Nie wie, że Justin nie mógłby zapomnieć pocałunku z Libby.
Bo pocałunku pierwszej i jedynej miłości się nie zapomina.